Jestem podróżnikiem - brzydzę się biurami podróży

Jestem podróżnikiem – brzydzę się biurami podróży

Jeśli zaproponujesz podróżnikowi wakacyjny wyjazd z biurem podróży to najprawdopodobniej zareaguje jak poparzony, trzykrotnie splunie przez lewę ramie i nigdy więcej się do Ciebie nie odezwie. Znajomi zapytani czasem o to jak spędzili wakacje wolą powiedzieć, że nigdzie nie byli, niż przyznać się, że byli w Egipcie z Itaką. Bo przecież to wstyd jeśli na wyjazd wydałeś więcej niż 100 złotych za tydzień, nie spałeś w krzakach i nie podcierałeś się liśćmi leśnych paproci.

Wielu podróżników wręcz zarzeka się, że prędzej zjedzą żywą żabę niż pojadą na wakacje do pięciogwiazdkowego hotelu. A skorzystanie z oferty all inclusive jest występkiem porównywalnym chyba tylko do założenia skarpet do sandałów. W sensie, że to wiocha.

A my byliśmy na takim wyjeździe, i – tylko nie mówcie nikomu – podobało nam się.

Dlaczego więc takie wyjazdy są wśród podróżników powodem do wstydu?

Tydzień na Wyspach Kanaryjskich to było prawdziwe piekło.

Zwycięstwo w konkursie Bloga Roku wiązało się z – poza otrzymaniem 5-kilowego szklanego klocka (Jezuuu, jakie to ciężkie) – z wygraniem bonu na wakacje z Itaką. Kiedy go otrzymaliśmy pocztą chcieliśmy go oddać, podrzeć albo spalić. Niestety chyba się tego spodziewali bo był zrobiony z bardzo wytrzymałego materiału, który przetrwał nawet polewanie kwasem. Babcia powtarzała zawsze, że marnotrawstwo to ciężki grzech – nie pozostało więc nic innego jak tylko zrealizować bon.

Ponieważ miejsca na miesięczny wyjazd pod namioty do Ciechocinka biuro miało już wyprzedane, postanowiliśmy wybrać tygodniową wycieczkę do hotelu na Wyspach Kanaryjskich.

Serca nas bolały kiedy tam lecieliśmy i czuliśmy się jak ostatni zdrajcy. Ale przeszło nam kiedy wraz z innymi pasażerami podziękowaliśmy pilotowi gromkimi brawami za to, że udało mu się wzbić tę piekielną maszynę w powietrze. I to bez rozbijania. 

Nasza torba z zupkami chińskimi i domowym bigosem niestety zaginęła na lotnisku więc na powitalną kolację musieliśmy zjeść sushi, 10 rodzajów lodów, krewetki i łososia, którego z trudem udało nam się przełknąć. Całe szczęście na otarcie łez czekał na nas domek z jacuzzi i schłodzonym szampanem oraz 2 Murzyniątka wachlujące nas wielkimi liśćmi palmowymi.

Cały pobyt obył się bez odpadających kół, porwań, ukąszeń śmiertelnie jadowitych węży, jedzenia ze śmietnika i budzenia przez policję w środku nocy. Bez tego wszystkiego oraz bez namiotów i jedzenia z puszki czuliśmy się trochę nieswojo więc jedną noc spędziliśmy na plaży przykryci jedynie wodorostami. A raz nawet umyliśmy się w rzece.

Wbrew temu przed czym nas straszono, nie zanudziliśmy się na śmierć. Z powodu braku ekstremalnych przygód i adrenaliny, wcale nie zaczęliśmy rwać sobie włosów z głowy. A myśl o wcześniejszym powrocie do Polski na tratwie przeszła nam przez głowę zaledwie 2 razy.

Wreszcie na wakacjach udało nam się przeczytać kilka książek, 2 razy przemyśleć sens życia i policzyć ile dokładnie mamy lat. Podczas przedzierania się busem przez australijskie pustkowia nie ma ku temu okazji. Szczególnie, że przez większość czasu 4 osoby muszą go pchać a reszta zbiera odpadające koła i tłumiki.

Nudne wakacje też są fajne.

Naprawdę nie ma nic złego w wyjazdach z biurami podróży, robieniu sobie fotek pod Wieżą Eiffla i jedzeniu pierników w Toruniu. Nie wszystkie wyjazdy muszą być ekstremalne, robione bez wsparcia z zewnątrz i z budżetem nieprzekraczającym wartości gumy kulki.

Powiem więcej. Jeśli ktoś opłaci mi takie wakacje to mogę się poświęcić i latać do 5-gwiazdkowego hotelu 6 razy w roku. No dobra, maksymalnie raz na miesiąc.  

(Tę linijkę pogrubiam i dodaje jej różowy kolor, żeby biura podróży, hotelarze i ekscentryczni milionerzy posiadający własne tropikalne wyspy nie przegapili tego, że jestem gotów się poświęcić i przetestować ich ofertę. Dodam, że z chęcią odwiedziłbym Dominikanę i Madagaskar.)

Szczególnie rozumiem ludzi, którzy mają tylko 2 tygodnie wakacji w roku i nie mają czasu ani na wielomiesięczne przygotowania do wyjazdu ani na to, żeby jechać 15 miesięcy rowerem do Paryża.

Ale fakt, że podczas pobytu w 5-gwiazdkowym hotelu nie dusze się z powodu braku adrenaliny nie oznacza, że chce porzucić busa i podróżować tylko w taki sposób. Po pierwsze, po kilku tygodniach brakowałoby mi duszącego zapachu spalin w kabinie.  Po drugie, brakowałoby mi też wolności jaką daje podróż busem, przygód, które wiążą się z wyprawą w nieznane, radości odkrywania świata i poznawania nowych ludzi.  

A po trzecie, co roku jestem w stanie wygospodarować wystarczającą ilość czasu, żeby przygotować niskobudżetowy wyjazd i żeby na dojazd do Maroka poświęcić 2 tygodnie. No i same przygotowania i organizacja sprawiają mi frajdę. No a skoro mam czas, to wolę wydać 3 tysiące na miesięczny pobyt w Albanii zamiast na tygodniową wizytę w Szarm el-Szejk.

Dlatego, jeśli dalej macie wątpliwości czy możecie przyznać się, że podczas wizyty w Pizie zrobiliście sobie zdjęcie jak podpieracie Krzywą Wieżę, to możecie czuć się rozgrzeszeni. I niezależnie od tego jak podróżujecie – czy biegacie na golasa po lesie pijąc tylko deszczówkę, czy też podróżujecie na wypasie zaliczając największe atrakcje – każdy sposób na podróżowanie jest dobry i nie ma się czego wstydzić.

autorzy wpisu:

Karol Lewandowski, Aleksandra Ślusarczyk

Spodobał Ci się ten tekst? Dodaj swój email do newslettera aby nie przegapić kolejnego tekstu na blogu:

About Karol Lewandowski

Karol Lewandowski
Bloger, podróżnik. Z wykształcenia inżynier robotyki, magister zaawansowanej informatyki. Z zawodu grafik komputerowy. Pomysłodawca i organizator projektu Busem Przez Świat. Odwiedził ponad 50 państw na 5 kontynentach. Jako jedyny z ekipy wziął udział we wszystkich wyprawach. Autor książek "Busem Przez Świat. Wyprawa Pierwsza" i "Ameryka za 8 dolarów" i "Australia za 8 dolarów". Kontakt karol@busemprzezswiat.pl
Przeczytaj poprzedni wpis:
Wehikuł Podróżniczy #4

Jak zaoszczędziliśmy 160 tysięcy złotych? Jak znaleźć nocleg na dziko? Czy to jest legalne?

Zamknij