Dzień 45 – dingo, Aborygeni i Kings Canion – Mennica Wrocławska Australia Trip 2013-2014

DCIM\104GOPRO

czwartek, 9.01.2013r

O 5:00 rano jak zwykle budzi nas budzik. Na zewnątrz jeszcze ciemno, budzik przełączony w tryb “drzemka” więc leżymy jeszcze w namiotach i dosypiamy ostatnie 10 minut zanim wstaniemy. W pewnym momencie słyszymy ciche kroki. Bezszelestnie podnosimy się żeby wyjrzeć przez moskitierę i zamieramy w bezruchu. Pięć dzikich psów dingo przechodzi przez nasz obóz dosłownie centymetry od naszych namiotów. Obwąchują nasze krzesła i naczynia, zatrzymują się jak nasłuchując czegoś, a potem równie cicho odchodzą. Kiedy wyskakujemy z namiotów uzbrojeni we wszystko co było pod ręką nie ma już po nich śladu. Zastanawiamy się ile dzikich zwierząt musiało przechodzić przez nasz obóz kiedy śpimy (może nawet dzikie wielbłądy, których ponoć tutaj bardzo dużo).

Dingo to australijskie dzikie psy, które w grupie potrafią być bardzo groźne, szczególnie jeśli są głodne. Dingo są szkodnikami, które potrafią dla zabawy zagryźć kilkadziesiąt owiec w jedną noc. Został tu z ich powodu nawet zbudowany najdłuższy na świecie płot, “płot na dingo” który ciągnie się przez pół kontynentu i odgradza pastwiska owiec.

Ruszamy w kierunku Kings Canion, oddalonego od Uluru jakieś 400 km  na północny-wschód. Zatrzymujemy się na punkcie widokowym nad wielkim wyschniętym jeziorem, gdzie nabieramy do butelek czerwony piasek do pamiątkowych fiolek z Australii.

 IMG_5823  

Przy drodze widzimy białą terenówkę z otwartym silnikiem i kilku Aborygenów machających przy drodze. Wszystkie auta przed nami ich mijają ale my postanawiamy się zatrzymać i zapytać o co chodzi. Okazuje się, że w 5-osobowym aucie jest kilkanaście osób. Po angielsku mówi tylko jedna młoda Aborygenka. Tłumaczy nam, że wiozą chore dzieci z wioski położonej na pustyni do szpitala przy Kings Canion Resort i skończyło im się paliwo. Zaglądamy do auta, z tyłu siedzi starsza Aborygenka i co najmniej dziesiątka dzieci, większość półnagich albo w starych porozciąganych koszulkach, niektóre płaczą, inne wyglądają z zainteresowaniem przez okna pokazując palcem naszego busa. Proponujemy, że zadzwonimy na pogotowie albo na policję żeby przyjechali im pomóc. Proszą, żeby tego nie robić – auto jest bez przeglądu a nikt z nich nie ma prawa jazdy i mieliby same problemy. Potrzebują tylko paliwa, żeby dojechać do Kings Canion. Do szpitala jakieś 50km więc potrzebują jakieś 5 litrów diesla. Zgadzamy się im pomóc i wlewamy im jakieś 5-10 litrów paliwa. Ściskają nas, chóralnie mówią “thank you” i machając odjeżdżają. Godzinę później mijamy ich auto zaparkowane pod kliniką.

Do Kings Canion, który jest nazywany australijskim Wielkim Kanionem, dojeżdżamy po południu – jest już za gorąco żeby ruszać na główny szlak, więc z tym będziemy musieli zaczekać do jutrzejszego ranka. Dziś wybieramy krótszy szlak który wiedzie dołem kanionu. Pomimo tego, że jesteśmy na środku pustyni, na dnie kanionu rosną drzewa a nawet palmy. Szlak jest krótki (2km) i jest tylko przedsmakiem tego co zobaczmy jutro.

Jedziemy 20km na północ na punkt widokowy, który znaleźliśmy na mapie. Ostatnie 10km wiedzie przez szutrową pofałdowaną drogę. Wjeżdżamy na szczyt i parkujemy busa. Pamiętacie Króla Lwa i lwią skałę z której roztaczał się widok na sawannę? Gdyby zamiast kangurów i wielbłądów biegały tu żyrafy i zebry to widok byłby identyczny!

Stoimy na krawędzi skały i obserwujemy przepiękny zachód nad sawanną. Postanawiamy, że zostaniemy tu na noc.

 

 

DCIM\104GOPRO

IMG_5814

 

IMG_6649

IMG_6896

About Karol Lewandowski

Bloger, youtuber, zawodowy podróżnik. Z wykształcenia inżynier robotyki i magister zaawansowanej informatyki. Odwiedził ponad 60 państw na 5 kontynentach. Autor 4 bestsellerowych książek podróżniczych. Kontakt: karol@busemprzezswiat.pl