Dzień 43 – wąż, Uluru i zachód słońca – Mennica Wrocławska Australia Trip 2013-2014

wtorek, 7.01.2013r

Kiedy rano otwieramy oczy przez moskitierę w namiocie widzimy wschodzące słońce. Jesteśmy w samym środku outbacku a do najbliższej betonowej drogi dłuuuga droga. Jak wzrokiem sięgnąć dookoła nie ma nic, tylko pustynia i samotne góry. Na horyzoncie widać jedynie pojedyncze kangury skaczące po równinach. Są też nasze ulubione muchy, które pojawiają się zawsze po wschodzie słońca i całymi grupami próbują z uporem maniaka usiąść nam na gałkach ocznych. Na razie odpuszczamy sobie śniadanko i jak najszybciej zwijamy obozowisko.

Zanim dojedziemy do drogi musimy pokonać spory kawałek offroadu. Daniel idzie przed busem i przeciera szlak. Pokonujemy ostre kamienie, rowy i przedzieramy się przez krzaki. Jest to spore wzywanie dla naszego busa, na tyle, że w pewnym momencie odpada nam tłumik. Wrzucamy tłumik na dach i jedziemy dalej. Kiedy dojeżdżamy do szutrowej drogi wskakujemy na dach busa a w środku zostaje tylko kierowca. Czujemy się jak na prawdziwym safari! Bus mknie po piaszczystej drodze, za nami unoszą się tumany kurzu a na poboczu mijamy co jakiś czas papugi i kangury które ze zdziwieniem patrzą na naszego Supertrampa.

Kiedy zatrzymujemy się na śniadanie na rest area odwiedza nas nietypowy gość. W pewnym momencie podczas zajadania makaronu z owocami Wojtek podskakuje i krzyczy “wąż!”. Pod nasz stół wpełzł ponad metrowy jasny wąż. Nie wygląda jakby chciał nas zaatakować ale kiedy zrobimy najmniejszy ruch zatrzymuje się o podnosi głowę w naszą stronę. Staramy się go nie zdenerwować i po kilku minutach znika w buszu. Wyjmujemy naszą książkę dotyczącą węży i innych paskud, którą dostaliśmy w Sydney od Jurka i próbujemy przypasować zdjęcie do węża. Wydaje nam się, że chyba był to tajpan, jeden z najbardziej jadowitych węży świata. Jego ukąszenie zawsze jest śmiertelne! Spokojnie można powiedzieć, że śmierć przepełzła nam pod nogami.

Po kilkuset kilometrach kiedy droga wjeżdża kawałeczek wyżej naszym oczom ukazuje się monumentalna góra Uluru królująca na horyzoncie. Mamy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów a już doskonale ją widać! Wjeżdżamy do parku narodowego Uluru i podjeżdżamy pod samą skałę. Jest dużo większa niż się spodziewaliśmy, tak olbrzymia że kiedy się pod nią stoi nie da się jej objąć wzrokiem.

Ciężko nam uwierzyć, że tu jesteśmy. Udało się, dotarliśmy do symbolicznego celu naszej wyprawy!

Jutro wrócimy tu na spacery dookoła Uluru, dzisiaj zostało już za mało czasu więc odjeżdżamy kawałek dalej na zachód słońca. Siadamy na dachu busa i w ciszy podziwiamy widok. Skała niesamowicie zmienia kolory, najpierw jest pomarańczowa, potem mocno czerwona a na końcu brązowo szara. Jest to chyba najpiękniejszy zachód słońca jaki widzieliśmy.

Na nocleg wyjeżdżamy poza granice parku narodowego, rozbijamy obozowisko na pustyni i rozpalamy ognisko.

20140108-073943.jpg

20140108-073951.jpg

20140108-074005.jpg

20140108-074016.jpg

20140108-074026.jpg

About Karol Lewandowski

Bloger, youtuber, zawodowy podróżnik. Z wykształcenia inżynier robotyki i magister zaawansowanej informatyki. Odwiedził ponad 60 państw na 5 kontynentach. Autor 4 bestsellerowych książek podróżniczych. Kontakt: karol@busemprzezswiat.pl