Dzień 37 – pierwsze starcie z outbackiem – Mennica Wrocławska Australia Trip 2013-2014

środa, 01.01.2014

przejechane 4924km

Przejeżdżamy ostatni 50km wzdłuż wschodniego wybrzeża i odbijamy na zachód, przez outback w kierunku Uluru. Dojazd do Uluru, czyli samego środka Australii zajmie nam około 10 dni. W ciągu godziny krajobraz całkowicie się zmienia z tropikalnego na sawannowo-pustynny. Na drodze mijamy jedno auto na pół godziny (większość z nich to olbrzymie ciężarówki “raod trainy”), przez kilkaset kilometrów przejeżdżamy przez może 5 miejscowości ale nie spotykamy tam żadnego człowieka ani sklepu.

Robi się coraz goręcej. Termometr w busie przez ostatni miesiąc pokazał najwięcej 40 stopni a dziś przekracza 45 stopni. Powietrze wpadające przez otwarte okna przestaje przyjemnie chłodzić i zaczyna raczej przypominać to buchające z piekarnika. Nie da się wytrzymać. Po kilku godzinach zamykamy okna i jedziemy jak w piekarniku. Chłodzimy się specjalnym fryzjerskim psikadełkiem z wodą, które zabrała Alex – w taką pogodę w gorącym busie taka mgiełka z chłodnej wody to prawdziwe zbawienie. Co 100km zatrzymujemy się na przerwę żeby ochłodzić auto. Szukamy wtedy choćby kawałka cienia o który tutaj bardzo ciężko. I dlatego, że drzew jest bardzo mało i dlatego że słońce jest idealnie nad naszymi głowami i nawet drzewa nie dają cienia. Musimy jechać maksymalnie 60 km/h bo przy większych prędkościach temperatura silnika niebezpiecznie skacze do góry. Termometr na słońcu pokazuje 60 stopni, ten w cieniu niecałe 50. O 12:00 decydujemy, że jest za gorąco żeby jechać dalej, nie chcemy przegrzać samochodu. Zatrzymujemy się na godzinną przerwę, żeby przeczekać największe upały.

Przejechanie outbacku naszym starym busikiem bez klimatyzacji będzie większym wyzwaniem niż się spodziewaliśmy.

Stajemy w małej miejscowości składającej się z 10 domów, nie widać przy nich żadnego śladu życia, nie ma sklepu ani stacji a mała poczta ma napisane mazakiem na kartonie godziny urzędowania: “od 8:00 rano do 9:00 rano”. Nie przepracowują się, no ale w sumie po co komu poczta przy 20 mieszkańcach.

Postanawiamy, że od jutra zaczynamy wyjeżdżać zaraz po wschodzie słońca żeby zdążyć przed największymi upałami, potem w samo południe zrobimy ze 2h przerwy i będziemy jechać do zachodu. Dodatkowo wprowadzamy częstsze zmiany kierowców – nie co 1 dzień ale co pół dnia, bo dłuższa jazda w takiej temperaturze jest zbyt męcząca i niebezpieczna.

Od 300 km nie mijaliśmy żadnej stacji a mamy już niecałe pół zbiornika. 2 małe stacje spotkane po drodze są zamknięte, może to przez pierwszy dzień roku. Kolejne 100km bez stacji, w baku już rezerwa więc zatrzymujemy się i nalewamy 40 litrów z zapasowych zbiorników na dachu. Gdyby nie one pewnie już byśmy utknęli na środku pustyni.

Dla Polaka kosmicznie wyglądają znaki “następna miejscowość za 150km” ale tak już będzie przez najbliższe 3 tygodnie. A jedziemy przecież główną drogą! Na bocznych, szutrowych drogach dopiero musi być ciekawie. Tutaj przynajmniej w razie awarii w kilka godzin przejedzie jakieś auto i zatrzyma się żeby pomóc.

Wreszcie trafiamy na kolejną stację, niestety też zamkniętą. Całe szczęście mają samoobsługowe automaty na kartę, dzięki którym można zatankować auto. Zalewamy wszystkie zbiorniki i ruszamy dalej. Do miejsca w którym będziemy dziś nocować, czyli wyszukanego przez nas wcześniej rest area, zostało nam jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Ale bardzo długich i stresujących kilometrów z kangurami!

Pod wieczór temperatura wcale się nie poprawia a za to o zachodzie słońca pojawia się dodatkowa atrakcja – kangury samobójcy. Kiedy zachodzi słońce te szare torbacze są kompletnie niewidoczne i nie wiadomo dlaczego upodobały sobie właśnie ten moment żeby wyskakiwać pod samochody. Nie dowierzaliśmy tym opowieściom, ale kiedy nie wiadomo skąd przed maskę wyskakują nam 2 olbrzymie kangury, dajemy po hamulcach i zwalniamy drastycznie.

Włączamy dodatkowe halogeny, zwalniamy do 40km/h i wszyscy wypatrujemy zagrożenia. Najgorsze jest to, że nie widać jak kangur biegnie przez pole, pojawia się dopiero na asfalcie. 5 minut później prosto pod koła wyskakuje kolejny kangur. Ostre hamowanie, unik, i jedziemy dalej. Kolejne kangury! I jeszcze jedne! Teraz z prawej! I tak aż słońce całkiem zajdzie. Potem sytuacja się uspokaja ale za to na asfalcie mijamy kilkanaście zabitych kangurów. Widać ktoś przed nami nie miał tyle szczęścia co my. Pewnie to jadące przed nami road trainy czyli pociągi drogowe, które mają po 50 metrów i orurowanie tak wielkie o solidne, że widząc kangura kierowcy nawet nie zwalniają tylko kasują go na miejscu. W sumie ciężko by było wyhamować takim wielkim tirem z 3 czy nawet z 5 przyczepami.

Trudy dnia wynagradza nam kolacja z makaronu z tuńczykiem, kukurydzą i pomidorami oraz niebo jakiego nie nigdzie indziej. I nie chodzi nawet o to, że gwiazdy są tu zupełnie inne. Jest ich po prostu dużo więcej niż w Europie – prawie w ogóle nie ma tu miast więc i zanieczyszczenia świetlne są praktycznie zerowe.

P.S. dotychczas wypijaliśmy po 2 butelki wody dziennie, dziś wypiliśmy całą zgrzewkę 24 butelek, czyli po 6 półlitrowych butelek każdy!

20140103-074536.jpg

20140103-074549.jpg

About Karol Lewandowski

Bloger, youtuber, zawodowy podróżnik. Z wykształcenia inżynier robotyki i magister zaawansowanej informatyki. Odwiedził ponad 60 państw na 5 kontynentach. Autor 4 bestsellerowych książek podróżniczych. Kontakt: karol@busemprzezswiat.pl