przygoda zycia busem przez swiat podroze

3 bezcenne przygody, które będziemy pamiętać do końca życia

by Karol Lewandowski

Wracając z podróży często nie pamiętamy dokładnie miejsc, w których byliśmy, co jedliśmy czy ile wydaliśmy pieniędzy. Ale są takie przygody, ludzie czy doświadczenia, które są bezcenne, których nie zaplanujemy i nie znajdziemy w żadnym przewodniku. I to właśnie je będziemy pamiętać do końca życia.

Z naszych kilkunastu podróży przywieźliśmy setki takich wspomnień i przygód, ale 3 z nich szczególnie zapadły nam w pamięci.

 

bezkrwawa corrida busem przez swiat hiszpania priceless cities

Bezkrwawa korrida

Jeżeli zapytacie kogoś, kto był w Hiszpanii, o porady związane ze zwiedzaniem Barcelony to otrzymacie jedną z dwóch odpowiedzi. Jeśli traficie na fana piłki nożnej to poradzi Wam sprzedać wszystko co macie i kupić bilet na stadion FC Barcelony, żeby w tłumie spoconych kibiców rytualnie dotknąć murawy, po której biegał Messi i zrobić sobie zdjęcie z prysznicem w którym się kąpał. Wszyscy pozostali ludzie natomiast powiedzą Wam, że nieważne co będziecie zwiedzać w Barcelonie, koniecznie musicie uważać na złodziei.

Nam niestety nikt tego nie powiedział. Kiedy więc wróciliśmy do auta z kawałkiem murawy, okazało się, że ktoś włamał się do naszego busa i ukradł wszystko co tylko się dało. Torby, ciuchy, ładowarki, buty, kurtki. Złodzieje pozbierali nawet z podłogi brudne skarpetki i ręczniki i zamknęli za sobą na klucz drzwi pustego busa.

Początkowo byliśmy załamani, bo zostało nam tylko to co mieliśmy na sobie, czyli krótkie spodenki i klapki. Ale następnego dnia, kiedy już głosowaliśmy czy czasem nie wracać do domu, dostaliśmy maila od Gosi, Polki mieszkającej w Hiszpanii. Napisała, że bardzo podoba jej się nasz blog i nasza podróż i gdybyśmy byli w Hiszpanii i mieli jakiś problem to możemy na nią liczyć. Dołączyła także swój adres i numer telefonu.

bezkrwawa korrida hiszpania

Kiedy pisała tego maila na pewno nie spodziewała się, że pół godziny po jego napisaniu zadzwonimy do niej, że mamy problem i właściwie to jedziemy do niej do domu. Mimo początkowego zaskoczenia, Gosia przyjęła nas niesamowicie ciepło, nakarmiła i przenocowała, a następnego dnia zabrała nas do chińskiej dzielnicy, gdzie za parę euro kupiliśmy sobie ciuchy na dalszą podróż.

Gosia pokierowała nas także do miejsca, którego nie znajdziecie w żadnym przewodniku. Trafiliśmy do małej miejscowości Silla, w której raz do do roku odbywa się bezkrwawa korrida. Byliśmy tam jedynymi turystami, a całe wydarzenie było darmowe. Korrida ta różniła się od zwykłej 2 rzeczami. Po pierwsze była bezkrwawa czyli byk nie był zabijany. A po drugie nie było torreadora – z bykiem biegali śmiałkowie z widowni. Cała zabawa polegała na tym, że trzeba było rozwścieczonego pędzącego byka złapać za róg albo klepnąć w zad. No i oczywiście przeżyć, uciekając, zanim byk nam odda.

Najodważniejszy śmiałek, który dostał największe owacje publiczności i najwięcej razy dosięgnął byka dostawał także kilka tysięcy euro nagrody a wszystkie lokalne kobiety mdlały na jego widok. My także spróbowaliśmy swoich sił. Adrenalina była olbrzymia, a serce chciało nam wyskoczyć przez gardło, ale w końcu udało nam się dosięgnąć byka. Emocji, które towarzyszyły nam podczas tej zabawy i atmosfery jaka panowała w miasteczku na pewno nie zapomnimy do końca życia.

aborygeni australia robinson cruzoe

Zbyszek i aborygeńska wioska

Pogoda panująca w Australii potrafi bardzo zaskakiwać. Jednego dnia jest 50 stopni w cieniu i czujecie się jak kurczak w piekarniku, następnego zrywa się burza piaskowa, która próbuje wypiaskować Wam oczy, a kolejnego dnia deszcz tak zalewa drogi, że w kałużach zaczynają pływać krokodyle. I właśnie podczas jednego z takich deszczowych dni krążyliśmy naszym busem po zachodzie Australii, próbując znaleźć skrawek suchej ziemi na rozstawienie namiotów.

Po kilku godzinach zaczęliśmy tracić już wszelką nadzieję, kiedy nagle drogę zajechała nam żółta terenówka i wyskoczył z niej Zbyszek – młody chłopak w aborygeńskim kapeluszu i bez butów – i krzyknął do nas po polsku „siema!”. Gdy Zbyszek usłyszał, że nie mamy gdzie spać zaprosił nas do swojego „schroniska”. Ruszyliśmy za nim, wyobrażając sobie schronisko takie, jakie można spotkać w polskich górach. Okazało się jednak, że Zbyszek dawno nie mówił po polsku i nie do końca dobrze się zrozumieliśmy.

Przejechaliśmy kilkanaście kilometrów i dotarliśmy do granicy świętych ziem aborygeńskich, na które biały człowiek normalnie nie ma prawa wstępu. Musieliśmy zaczekać, aż Zbyszek porozmawia z wodzem i dostaniemy pozwolenie na wjazd. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że Zbyszek mówiąc „schronisko” miał na myśli „shelter” czyli „schronienie”, a naszym oczom ukazała się chata w stylu Robinsona Crusoe, zbudowana z tego co wyrzuciło morze. Łóżko z moskitierą własnej roboty, bambusowe półki, lodówka podłączona do baterii słonecznych, zapas kokosów i stary van przerobiony na szafę.

Zbyszek i aborygenska wioska australia

Dlaczego Zbyszek tam mieszka?

Kilka lat temu pomógł Aborygenom w protestach przeciwko bezprawnej budowie fabryki na ich świętych ziemiach i razem z nimi przykuwał się do drzew, a w ramach podziękowania został przyjęty do „Rodziny” i dostał swój kawałek ziemi. Poza Zbyszkiem i Aborygenami na ziemiach liczących setki kilometrów kwadratowych mieszkali także inni Europejczycy, którzy stworzyli enklawę niczym z filmu „Niebiańska plaża” z DiCaprio.

Są niezależni i samowystarczalni. Prąd mają z baterii słonecznych a wodę z podziemi pompują wiatraki. Naprawiają i sprzedają wraki aut, które znajdują na pustyni, albo zbierają na plaży boje wyrzucone przez morze, które sprzedają potem farmom pereł. Robią swoje ubrania, polują na kangury i węże, a nawet łowią rekiny.

Jednak życie w „raju” nie jest aż takie wspaniałe jak mogłoby się wydawać i Zbyszek kilkukrotnie próbował już opuścić wioskę i wrócić do normalnego życia. Najdalej udało mu się ujechać 200 km. Tym razem zawiódł samochód, a Rodzina znów nie dała się opuścić.

 

Sierociniec dla kangurow australia

Sierociniec dla kangurów i podziemne miasto

Coober Pedy to jedno z tych miast, które nigdy nie są po drodze. Żeby tam zajechać musieliśmy nadrobić ponad 1000 km, co nawet w Australii, w której po piwo do sklepu jedzie się 3 godziny, jest sporym dystansem. Wszyscy nam to odradzali, ale od chwili kiedy usłyszeliśmy o mieście na środku pustyni, gdzie jest tak gorąco, że ludzie mieszkają pod ziemią a wszyscy zajmują się poszukiwaniem najdroższych kamieni świata, wiedzieliśmy, że musimy tam pojechać.

Powodem, dla którego powstało to miasto są opale, czyli kamienie szlachetne, które potrafią być warte nawet kilkaset tysięcy dolarów za sztukę. Do szukania ich wystarczy łopata i kawałek drutu, więc pomimo zabójczych temperatur miasto przyciąga szaleńców z całej Australii a nawet z innych kontynentów. Prawo zezwala jedynie na prywatne małe kopalnie, a jedna osoba może mieć maksymalnie jedną. Każdy może przyjechać do Coober Pedy i kupić za 250$ teren o wielkości 50 x 100m w wybranym przez siebie miejscu.

Kiedy dotarliśmy na miejsce poznaliśmy Jo i Terrego, Australijczyków, którzy pokazali nam swoją kopalnię oraz znalezione przez siebie opale. Terry oprowadził nas też po kilku podziemnych domach, oraz po podziemnym motelu i kościele. Ale najbardziej zaskoczyło nas to, co zobaczyliśmy w kuchni naszych gospodarzy.

sierociniec kangury australia

Kiedy siedzieliśmy u nich w domu, rozmawiając i popijając zimną colę, w pewnym momencie Terry zaczął kogoś wołać. Ku naszemu zdziwieniu, do kuchni nie wszedł człowiek ale kangur. Okazało się, że Terry i Jo mieszkają razem z kilkunastoma kangurami i stworzyli w swoim domu sierociniec dla kangurów. Kangury śpią z nimi w łóżku, małe są karmione z butelki, reagują na imiona i są traktowane jak dzieci.

W Australii kangurów jest 2 razy więcej niż ludzi i zwierzęta te bardzo często wskakują pod przejeżdżające samochody. Po takim spotkaniu kangur nie ma szans na przeżycie, ale bardzo często przeżywa małe kangurzątko, które jest schowane w kangurzej torbie. I właśnie takie osierocone kangurzątka są przywożone do Terrego i Jo, którzy karmią je i wychowują. Po kilku latach, kiedy kangury są już dorosłe, zostają oddane do specjalnego „sanktuarium”, gdzie w warunkach zbliżonych do naturalnych dożywają starości.

A Wy macie jakieś unikalne miejsca czy przygody, które zapamiętacie do końca życia?

Jeżeli lubicie takie niestandardowe miejsca i atrakcje, to na pewno zainteresuje Was program Priceless Cities, dzięki któremu możecie mieć dostęp do unikatowych wydarzeń i miejsc w kilkudziesięciu miastach na świecie. Wystarczy, że macie kartę MasterCard i zarejestrujecie się w programie i już możecie korzystać ze specjalnych zniżek, uzyskać dostęp do unikalnych miejsc i przeżyć niestandardowe przygody. Rejestracja w programie nic nie kosztuje a większość z Was pewnie i tak ma kartę MasterCard więc tym bardziej warto.

Priceless Cities Master Card

 

Wpis powstał we współpracy z MasterCard.

Te wpisy też mogą Cię zainteresować

Nasze książki

Cześć! Witaj na naszym blogu

Nazywamy się Karol, Ola i Gaja Lewandowscy, pochodzimy ze Świdnicy oraz Kielc i jesteśmy blogerami, podróżnikami i autorami 8 książek. Od kilkunastu lat podróżujemy po świecie starym kolorowym busikiem. W sumie przejechaliśmy ponad 500.000 km i odwiedziliśmy już ponad 60 państw na 5 kontynentach. Na tym blogu znajdziesz relacje z naszych podróży i porady jak organizować własne wyjazdy.

@2022 – Supertramp Karol Lewandowski, Busem Przez Świat